Podsumowanie roku 2020 – Gracz

Wstęp

Nie umiem, no najwyraźniej nie umiem pisać krótko. Chciałam zrobić erpegowe podsumowanie zeszłego roku, wyszło mi 6 stron dla samych kwestii Mistrza Gry. Podjęłam więc taktyczną decyzję o rozdzieleniu posta. Ceńmy swój czas. Na pocieszenie, druga część będzie (a przynajmniej powinna być) krótsza, ponieważ po prostu dużo częściej zdarza mi się być MG niż graczem. Poza tym, mija tydzień od wrzucenia pierwszej notki, i robi mi się głupio. Zaczynajmy więc, bo się ściemnia.

Ja, Gracz

Tutaj mam skromniejsze osiągnięcia – brałam udział w dwóch kampaniach, u dwóch mistrzów gry. Obie zakończyły się przedwcześnie – jedna mniej, druga bardziej. Pierwsza to Dungeons and Dragons 5ed, druga to Kids on Bikes, oraz w jednym jednostrzale, w jednym ze światów alter-Naruto.

DnD

Nie pamiętam dokładnie, kiedy nastąpiła pierwsza sesja, ale ogólnie zaczęło się organizować jeszcze w grudniu 2018. Tęskniło mi się za graniem, a koleżanka mieszkająca na drugim końcu Polski napisała, że szuka graczy do debiutu jako MG – w systemie który zna i lubi, czyli DnD. Miała być krótka kampania, oscylująca wokół obchodów nowego roku. Tematycznie, bo jak mówiłam, grudzień był. Dostawszy odpowiedź twierdzącą, że tak, możemy grać online, zgłosiłam się i niecierpliwie wyczekiwałam, martwiąc się czy rzeczywiście się uda zagrać – wcześniej nigdy nie umawiałam się w ten sposób.

Świata Forgotten Realms znam tyle co dawno temu przeglądałam podręcznik, i tyle co jeszcze dawniej grałam w Baldur’s Gate (nie przeszłam nawet połowy)… Ok, po prostu uznajmy że nie znam, dobra? Postanowiłam wybrać coś prostego, wybór padł na łotrzyka. Po niedługim zastanowieniu postanowiłam wziąć niziołka, coś mi świtało że to dobre połączenie. Nie chciałam być kimś złym, a jednocześnie ciężko było mi postawić łotrzyka w jakimś pozytywnym świetle. Jedyne co mi przyszło do głowy, to zwiadowca. Wymyśliłam sobie więc być ex-złodziejką, która postanowiła, że nigdy więcej nie będzie kraść i przystosowała swoje umiejętności do nowego zawodu. Zainspirował mnie nieco Yahiko z “Ruroni Kenshin“. Następnie podarowałam jej imię: Laura.

Kartę stworzyłam sobie najpierw na oficjalnej stronie, dnd beyond. Potem przenosiłam ją na roll20. Jakimś cudem w obu przypadkach ominęło mnie wybieranie backgroundu postaci – czyli jej pochodzenia, środowiska w jakim się wychowała. I nie, nie mam swojego podręcznika. Przez długi czas nawet nie wiedziałam, że czegoś mi brakuje. Oczywiście, wymyśliłam te rzeczy dla Laury, po prostu nie miałam tego zawartego w karcie. O dziwo, nie odczułam mocno braku, bo łotrzyk sam z siebie ma dużo umiejętności. Czy utrudniło to życie eMGini? Nie wiem. Chyba nie?

No dobra. Wystartowała pierwsza sesja. Byłam pod wrażeniem przygotowania Emi, i były momenty kiedy myślałam, że prowadzi “gotowca” – nie była to jednak prawda, przygoda jest jej własna, autorska. Dość szybko umówiliśmy się na następną. Były pewne przetasowania w składzie, ale w końcu się skrystalizował i od połowy (od 4 z 7 sesji) już nie było zmian. Było kilka zwrotów akcji, było jedno deus ex machina, generalnie było bardzo udanie i 3/4 graczy wyraziło chęć grania dalej (1/4 nie miała po prostu czasu).

Nie minęło wcale dużo czasu, kiedy zaczęliśmy drugą kampanię, bo Emi już w czasie pierwszej miała pomysły i zaczęła się przygotowywać, a nowego chętnego gracza udało się szybko znaleźć. Jednak po skończeniu pierwszego łuku fabularnego, coś powoli zaczęło zgrzytać. Nie będę się rozpisywać, ale ogólnie rozeszło się o hmm, konwencję gry? W tym “konflikcie” stanęłam po stronie Emi, ponieważ mocno utożsamiałam się z jej rozterkami na temat prowadzenia i mam wrażenie, że dobrze ją rozumiałam w zaistniałej sytuacji. Starałam się najlepiej jak mogłam przekazać o co chodzi, ale wydaje mi się, że nie udało mi się zdobyć zrozumienia pozostałych graczy. Chyba uznali mnie za jakiegoś radykała. Tak czy inaczej, gracze zgodzili się na pewne zmiany, umówiliśmy się na następną sesję i znów “zagrało”. To było w czerwcu.

Jednakże im dalej w las, tym więcej drzew. Im bliżej grudnia, tym bardziej opadał entuzjazm związany z grą, i tym trudniej było umówić wspólny termin. Znałam te symptomy i wiedziałam, że koniec jest bliski. Po zakończeniu trzeciego łuku fabularnego, znów podjęliśmy rozmowę i wszyscy przytaknęli, że to już koniec, nie ma już nic. Było trochę podziękowań, trochę tłumaczeń, trochę wzajemnych pochwał i klepania po pleckach. Jedna graczka nie powiedziała nic. Czasem cisza jest najbardziej wymowna.

Co mogę powiedzieć od siebie, gracza? Mi jest żal, że się skończyło. Tym bardziej, że miał być jeszcze czwarty łuk fabularny i było już zawiązanie akcji na trzeci sezon kampanii. No ale cóż, aby wyruszyć w drogę, należy zebrać w drużynę. Inni gracze mieli poczucie, że nie mają wpływu na wydarzenia wokół siebie. Owszem, wybór bywał ograniczony, ale nie mogę się z nimi zgodzić. Może brakowało im czasu na spokojne poodgrywanie postaci. Może zabrakło przestrzeni na ich rozwój – nie statystyk, a charakteru. Nie wiem, nie znam się.

W czasie pierwszej kampanii pisałam całkiem dokładne notatki z sesji, zwłaszcza że było sporo elementów śledztwa, a wtedy nigdy nie wiadomo co się może przydać. Starałam się utrzymać ten trend w czasie drugiej, ale w pewnym momencie notatki się urwały – sporo się działo, zarówno na sesjach jak i w życiu poza nią, i po prostu przestałam się wyrabiać. Następnie akcja tak zwolniła, że aż nie było o czym pisać. Zamiast raportów zaczęłam więc pisać coś innego – dzienniczek postaci, a jakże! W trzecim łuku fabularnym znów wróciłam do pisania notatek i utrzymałam do końca. Notatki były dostępne dla wszystkich graczy i MG (google doc), ale poza MGinią nikt niestety nie kwapił się z dopisywaniem.

Korzystając ze swoich doświadczeń z pisaniem dzienniczków z Naruto-616, zaczęłam tworzyć “Listy do Glavissto”. Pisząc je, świetnie się bawiłam – celowo wrzucając byki ortograficzne, zmieniając czcionkę zależnie czy notatka była pisana w pośpiechu czy na spokojnie, przekręcając imiona postaci, dorzucając ozdobniki w postaci skreśleń czy kleksów.

Poza tym, trochę rysowałam, ale troszku wyszłam z wprawy i ostatecznie nie mam zbyt wiele prac którymi mogłabym się pochwalić. Ale – co sobie pomachałam ołówkiem, to moje. Zebrałam też multum artów niziołków na Pintereście, także jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi grać niziołkiem dowolnej klasy, będę gotowa.

Kids on Bikes

W naszym kalendarzu wydarzeń chyba mój mąż miał prowadzić przede mną. Jak do tego doszło, że najpierw wystartowała Legenda, a dopiero potem Kidsy, szczerze mówiąc już nie pamiętam. Dość długo wahał się nad wyborem systemu/mechaniki. Kiedy już wybór padł na indie Kids on Bikes, poszło już jakby z górki. Miało być trochę mrocznie, trochę obyczajowo, generalnie coś na kształt “Stranger Things“, których jednak Jerzu nie oglądał (a przynajmniej tak twierdzi). Zapowiedział wątki szkolne, rodzinne i miasteczkowe. A, no bo Kids on Bikes w sumie jest takim właśnie systemem stworzonym z myślą o “Stranger Things“. O małym miasteczku, gdzie dzieje się coś tajemniczego. Można grać dzieckiem, nastolatkiem lub dorosłym.

Jerzu poświęcił dużo czasu na przygotowania. Ambitnie zaplanował 3x po 10 sesji, trzy zamknięte rozdziały. Założył docsa, do którego co kilka dni wrzucał opisy kolejnych lokacji (to się nazywa: budowane hype’a). Jednocześnie powiedział żebyśmy myśleli nad postaciami, ale nie wymyślali sobie rodziny ani domu. Że dostaniemy je odgórnie. Mogliśmy też pomyśleć nad tym, jak chcemy rozdzielić kostki do statystyk (sześć statów, sześć kostek, kolejno od k4 do k20, im wyższa tym lepiej).

Było to dla mnie co najmniej dziwne. Co w takim razie mam wymyślić? Sam charakter? Ale przecież charakter wynika z… No, z rodziców, i środowiska wychowania! Jeśli np. wymyślę sobie małego buntownika, a rodziców dostanę spokojnych i zgodnych, to nie będzie mi to pasować. Zdecydowanie wolałabym ustalić te rzeczy jak nie sama, to chociaż wspólnie. No ale dobra. Mamy Zjednoczone Królestwo w latach ’80 lub ’90. Zastanowiłam się, co mogłoby pasować do konwencji i jednocześnie “uśmiecha się” do mnie. Wymyśliłam sobie postać, która interesuje się fotografiką, i wierzy w duchy, a jej aspiracją jest zrobić fotografię duchowi właśnie – więc śmiało może zarówno kręcić się po szkole (szkoły często mają swoje urban legends), jak i po bardziej podejrzanych lokacjach, a tych było kilka w miasteczku. Jeśli chodzi o statystyki, stwierdziłam że się nie pali i zostawiłam to sobie na później, na przykład, kiedy postać będzie miała jakiś rys psychologiczny.

Potem nastąpiła sesja zero. W Kids on Bikes na takiej sesji zero gracze wybierają sobie archetyp postaci, powiązania między nimi, a także tworzą wspólnie miasteczko. Jerzu zdecydował że jednak zamiast przydzielać sobie sami staty, skorzystamy z gotowych archetypów (widać nie tylko ja nie uzupełniłam swoich). Dał nam kilka propozycji, związanych z naszymi pomysłami. Biorąc pod uwagę że statystyk jest 6, a graczy 4, postaraliśmy się, żeby nasze k20 się nie pokrywały. MG pozwolił nam też zamienić ze sobą 2 kostki, żeby lepiej dopasować archetyp pod siebie.

Mój wybór padł na Conspiracy Theorist. Niby trafne, ale… ale nie. Ja widziałam swoją postać jako dość głupią (wybaczcie, wiara w duchy nie jest dla mnie przejawem inteligencji), a właściwie wszystkie podsunięte mi archetypy miały wysoki Wits (taki Int i spryt w jednym). Wybrałam go, bo pozostałe koncepcyjnie pasowały jeszcze mniej, chyba jakiś Scout i geniusz matematyczny, nie pamiętam. No i żeby mieć to drużynowe pokrycie statów.
Potem przy pisaniu powiązań między postaciami, między innymi wyszło, że palę papierosy. Z kolei dla postaci Yuki centralnym punktem niespodziewanie okazała się jazda na deskorolce. A wszystko to zanim wiedzieliśmy z jakich rodzin się wywodzimy. No abstrakcja. Jeśli chodzi o miasteczko to dodaliśmy tylko jakieś 2-3 detale, bo całe było już wymyślone.

Potem, uzupełniając pytania do swojego archetypu, zmieniłam duchy na doppelgangery. Pytanie bowiem brzmiało: Co uważasz, że dzieje się w miasteczku, o czym nie wie nikt oprócz ciebie?
No i uznałam, że jednak w duchy może wierzyć więcej ludzi, więc muszę wymyślić coś innego. To było całkiem zabawne, kiedy Yuki podrzucała mi kolejne teorie spiskowe (oprócz tych najgłośniejszych, nie mam za bardzo orientacji w temacie). Starałam się wybrać coś tak oderwanego od rzeczywistości, że nie może być prawdą. Chciałam uniknąć wielkiego “A nie mówiłam?!” Zdecydowałam jednak nie odlatywać zbyt daleko, i dlatego odrzuciłam kosmitów na rzecz doppelgangerów, którzy udają zwykłych ludzi w mieście. Kolejne pytania – o lęki (odważnie mój wybór padł na lęk przed zwłokami, ale Jerzu powiedział że mam zmienić), o Wady (flaws) – tu miałam naprawdę duży dylemat, chciałam uniknąć bycia totalnym outsiderem albo bezpośrednim (często takie są moje postacie, bo i ja taka jestem), niemal wyklarowała mi się postać z zasadami, wręcz świętoszkowata. Ostatecznie jednak wybrałam przesądny (supersticious) i nerwus (neurotic) z intencją nerwicy natręctw – czystości.

Otrzymałam sporo puzzli, ale ciężko było je sczepić. Bez podłoża postać nadal była zawieszona w pustce. A kiedy już doszło do przedstawienia rodzin, na pierwszej sesji, było już z kolei za późno. W ostatecznym rozrachunku grałam dość nijaką postacią, która była mocno inna niż to o czym myślałam na początku. Yuki z tego co wiem miała podobny problem. Lupus po prostu nie był w stanie wymyślić swojego bohatera bez rodziny i Jerzu poszedł mu na rękę, chociaż też nie do końca. Nie wiem jak z Kostkiem. W każdym razie oto Brittany: Trochę paranoiczna, trochę kujonowata, trochę nawiedzona, ale z dobrej rodziny.

Jeśli chodzi o to, co działo się na sesjach – można przeczytać we wpisach Jerza na tym oto blogu.

Kampania została zakończona przedwcześnie, chociaż w sumie odbyło się chyba właśnie 10, może 11 sesji. Jeśli mnie spytacie, rozjechało się o oczekiwania vs rzeczywistość.
Myślałam, że będą bardziej lata ok ’95 (wszak coś już z tego czasu pamiętamy, byłaby fajna podróż w nostalgię), był rok ’85.
Myślałam, że będziemy łazić głównie po lokacjach opisanych w docu. Jednak lwia część była dla nas albo niedostępna, albo nieistotna.
Myślałam, że będzie trochę obyczajówki, plus jakiś potwór czający się tam, gdzie latarnie nie docierają. Co dostaliśmy – nasze zapyziałe miasteczko stoi na osi świata, mamy dostęp do równoległego wymiaru i możemy podróżować w czasie. Na tym wszystkim łapę trzyma wojsko, a potwory które zaczęły namnażać się w axis mundi, przepływają do naszego świata. W tym doppelgangery…

Nie chcę wypowiadać się za innych graczy, ale wydaje mi się, że podzielali moje zdanie, że sytuacja znacznie przerastała kilku gimnazjalistów. Tak czy inaczej, ostatecznie nawet sam Jerzu nie był zadowolony z tego w którą stronę to poszło (nadal nie rozumiem jak to możliwe, skoro miał wszystko tak rozplanowane) i sesje zostały zakończone.

Ze swojej strony, miałam pisać dzienniczek, ale podeszłam do zagadnienia zbyt ambitnie (chciałam całość pisać pseudo-szyfrem, tak by postronni nie byli w stanie zrozumieć o czym właściwie jest napisane) i okazało się to być bardzo męczące, a miałam też inne rzeczy, więc nie kontynuowałam. Kajam się.

Naruto – Runeterra

Na koniec zostawiłam sobie jednostrzał, a właściwie mini-kampanię stworzoną i poprowadzoną przez Kostka, osadzoną w rzeczywistości Alter-Naruto. O tym cyklu, i w ogóle o Naruto, kiedyś napisze osobną notatkę, bo była prowadzona długo i zdarzyło się tam wiele ciekawych rzeczy, nie tylko fabularnie, ale i wokół gry.

Kiedy zapowiedziałam, że jest 9 światów i podałam ich nazwy, Kostkowi jedna z nazw bardzo wpadła w ucho i pobudziła wyobraźnię (żeby nie było – Runeterra to nazwa świata w grze komputerowej “League of Legends“, ale on o tym nie wiedział). Kiedy kończyłam inny ze światów, Kostek zaoferował się że w sumie, to ma pomysł na świat który mógłby mieć taką nazwę i chciałby poprowadzić. Nawet nie musi to być jeden z dziewięciu, tylko taki dodatkowy. Tylko żebym mu dała kilka wskazówek, żeby mi nie namieszał niechcący w wizji multiwersum.

Jak mogłabym mu odmówić? Napisałam mu dokument projektowy – takie wytyczne, którymi kierowałam się przy kreacji światów. Skromnie, tylko 2 strony, ale starałam się nie odsłonić najważniejszych kart, które mogłyby w przyszłości “zepsuć” Kostkowi zabawę jako gracz. Potem Kostek miał jeszcze kilka pytań, odpowiedziałam najlepiej jak umiałam. Potem było oczekiwanie.

Bardzo cieszyło mnie, że znów mogę zagrać Ginko, moją Ginko! Niesamowita frajda, spotykać znane sobie postacie w nowej odsłonie. Poczułam się wciągnięta do świata, i nie powiem – było to bardzo przyjemne. Kostek naprawdę się postarał: każdy z nas dostał wstępniak – swoje mini-opowiadanie. Każda postać miała ustaloną sytuację w nowym miejscu, a świat (a przynajmniej ten fragment, który poznaliśmy) był spójny, przemyślany. Konsekwentny. Doceniliśmy to zwłaszcza na koniec, kiedy MG ujawnił wszystkie swoje pomysły. Finał był naprawdę fajny, dynamiczny i emocjonujący, z delikatnym mrugnięciem okiem do naszych pierwszych sesji.

Co jeszcze mogę docenić w prowadzeniu Kostka? Wszak nie samą fabułą sesja stoi. Właściwie, największe wrażenie zrobił na mnie zmianą swojego stylu. Starał się – w moim odczuciu – prowadzić podobnie do mnie. Przyjął na klatę bezkostkowe, narracyjne prowadzenie walk (i wszystkiego innego). Jak najbardziej wywiązał się z założeń “dokumentu projektowego”. Podjął się prowadzenia tych charakterystycznych NPCów. Wydłużył jednostrzał do krótkiej kampanii. A, no i musiał prowadzić online – a bardzo nie lubi tej formy. I dał radę. Naprawdę dał radę. Jestem dumna, że wyszedł ze swojej “bańki” i wyszedł zwycięsko. Dla mnie ta Przygoda była naprawdę mega przyjemna, żal jedynie że trwała tak krótko.

Wiedząc, że jest to krótka forma, nie prowadziłam żadnych notatek, ani dzienniczków. Ale nasze wstępniaki zostaną z nami na zawsze.

Ja, Człowiek

Co jeszcze?

Nakupiliśmy kilka podręczników. Nie pamiętam dokładnie które z Legendy, bo zamawiamy każdą książkę po kolei, i nie przywiązuję wagi co do dat w których je otrzymuję. Ale poza Legendą zaopatrzyliśmy się w Warhammer: Soulbound, The Witcher (to z sentymentu bardziej niż z potrzeby), oraz starter Cyberpunk 2077.

Wróciłam do pisania tu, na blogu. Napisałam 24 posty, z czego większość to po prostu zapis z sesji Legendy, które prowadzę.

Może dodam postanowienie: w tym roku mam zamiar liczyć wszystkie rozegrane i poprowadzone sesje. W ten sposób za rok będę mogła pochwalić się dokładnymi liczbami, nie to co teraz.
Poza tym mam w planach dopisać do końca zapisy legendowe, przerwałam mniej-więcej w połowie. Nawet jeśli liczyć jeden post tygodniowo, to i tak mam prawie na pół roku roboty. A z tym tempem, nie ukrywajmy, różnie to bywa.
Ale to taka przyjemna robota, więc myślę że powoli, ale będzie szło do przodu. Mam też parę pomysłów na inne wpisy. Nie za dużo, bo chcę żeby było interesująco, a nie jakieś lanie wody, ale są.

Prawdę mówiąc, nie wiem, co jeszcze mogłabym tu napisać, kończę więc i życzę wszystkim udanego RPG-owo nowego roku 2021.

(Podsumowanie – MG: https://swiatyzofii.wordpress.com/2021/01/05/podsumowanie-2020-mg/)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s