Podsumowanie roku 2020 – MG

Wstęp

Kiedy widzę na mediach społecznościowych podsumowania roku pisane przez kolejne osoby, mnie również nachodzi ochota żeby coś napisać. Owszem, osiągnięcia mam skromne, ale jednak coś tam robiłam i to nawet nieźle. I w dodatku za rok będę mogła zerknąć sobie na wpis sprzed roku i porównać, powspominać.

Zaczęłam więc pisać. Nie byłabym jednak sobą, gdyby post nie zaczął się rozrastać. Lubię szczegóły, lubię wyjaśniać, i takie krótkie suche podsumowanie “tyle sesji zagranych, tyle poprowadzonych”, nie satysfakcjonuje mnie. Jednak po co się produkować na socjal mediach? Czy naprawdę kogoś to zainteresuje? Ja – Zofia, i to, że prowadziłam jakieś sesje? Zwłaszcza, że na co dzień nic nie publikuję i nie mam – prawdę mówiąc – ochoty tego zmieniać.

Ale przecież mam swojego bloga, którego nikt nie czyta! Tak. O, tak zrobię. Napiszę notkę i ogłoszę światu (który o to nie dba), że moje podsumowanie RPG-owe jest na moim blogu, TAK MAM BLOGA, i ten kogo naprawdę interesuje (czyli jakieś trzy osoby), może zajrzeć i przeczytać. Idealnie, bo i tak miałam go upubliczniać. Także, niech się dzieje!

Ja, Mistrz Gry

Prowadziłam trzy kampanie: jedną klasyczną systemową, jedną z użyciem uniwersalnej mechaniki, jedną bez mechaniki. W sumie grało u mnie ośmioro graczy.

Legenda

Pierwsza do dokładniejszego opisu, to ukończona niedawno kampania Legendy Pięciu Kręgów (5. edycja). Prowadzona była od marca do grudnia, większość sesji – choć nie wszystkie – rozegrana była online, przez Discord. Nie liczyłam, ale sesji było około 40.

Czemu była wyjątkowa?
Zacznijmy od tego, że Legenda jest dla mnie bardzo ważnym systemem. Na niej odnosiłam swoje pierwsze porażki i sukcesy jako Mistrz Gry. Jednak co jakiś czas bez pardonu odwieszam ją na kołek i zwracam się ku innym. Kiedy zapowiedziano wydanie piątej edycji, naturalnie zainteresowało mnie to, ale…
No właśnie, ale nie sądziłam, że tak szybko ją poprowadzę.

A jednak!
Jakby tego było mało, ambitnie postanowiłam umiejscowić akcję na zimowym dworze, bez walk, pościgów i tym podobnych atrakcji, za to z polityką, plotkami i intrygami, być może pojedynkami.

Moi gracze również podeszli do tematu poważnie, Yuki zrobiła zupełnie inną od swojego ulubionego archetypu, Jerzu stworzył coś zupełnie innego niż poprzednia postać do Legendy, Lupus zaskoczył mnie najbardziej, gdyż postanowił że najłatwiej mu będzie odegrać nastoletnią mniszkę!
Co do Lupusa, to bardzo ucieszyło mnie, gdy zdecydował się w ogóle zagrać u mnie, gdyż ani fantasy, ani daleki wschód, to nie są jego ulubione klimaty. Zaprosiłam go jednak, gdyż grał w moją poprzednią kampanię w Legendzie (jeszcze w 4. edycji). Przyjęcie zaproszenia traktuję więc jako szczery komplement i oznakę zaufania.

No i wyszło świetnie!
Wprawdzie mechanika początkowo szła jak po grudzie (nie tylko musiałam przyzwyczaić się do nowej mechaniki, ale do używania mechaniki w ogóle – poprzednia kampania jej nie miała), potem było już lepiej, ale do samego końca w czasie sesji miałam zazwyczaj podręcznik otwarty na rozdziale “Skills“, i zaglądałam w razie potrzeby.
Z dobrej strony: każdy od początku zapałał sympatią do swojej postaci, a intryga którą wymyśliłam okazała się nie za prosta, nie za trudna – taka w sam raz, nie wydumana, nie naciągana. Kilkoma zwrotami akcji udało mi się naprawdę zaskoczyć graczy. To wszystko sprawiło, że wątek główny ich wciągnął i oprócz tego, że postacie siedziały w tym po uszy, to i gracze też.
Fakt, że w trakcie nieco odechciało mi się prowadzić. Przyznaję. Ale wiedziałam ile radości mają moi gracze – a dla mnie to zawsze największy motywator – i nie mogłam ich zawieść.

Pod koniec wróciła do mnie ta wena, iskra boża, bardzia kostka inspiracji (zwał jak zwał), której nie czułam już od dawna, i wpadłam na bardzo fajny pomysł na zakończenie. To było bardzo przyjemne uczucie. Wprawdzie gracze są zawiedzeni, że pourywało wątki poboczne, no i po prostu że nie będzie już więcej grania, ale sami przyznają że tak, tak właśnie powinien wyglądać koniec tej historii.
Wieczną pamiątkę stanowić dla nas będą 192 (!) strony dzienniczka pisanego przez Shiori.

Podchodząc do tematu bardziej technicznie: początek był mega intensywny, nagle wszystkie aktywności dodatkowe “się” odwołały, nieraz graliśmy i dwie sesje na tydzień. Potem zwolniło. Miałam parę razy zwiechę, brak weny i zmęczenie materiału i wykręcałam się od prowadzenia. Najdłuższa przerwa to był prawie miesiąc. Potem jednak się pozbierałam i graliśmy regularnie w środy już do końca, może z jakimiś pojedynczymi wyjątkami. Sesje były (typowo dla mnie) krótkie, zazwyczaj 2,5-3 godzin, chociaż ze 2-3 razy zdarzyły się bardzo krótkie, po 1,5h, a z kolei kilka razy mogliśmy sobie pozwolić zagrać dłużej (albo nie mogliśmy sobie pozwolić przerwać).

Dalsze plany?
Jakie dalsze plany, można by pomyśleć, skoro kampania jest skończona. Ale widzicie, zostawiłam uchyloną furtkę. Jak dopiszę raporty do końca, to będziecie wiedzieć. Trudno zdecydować, czy ją zamknąć i ujawnić wszystko, czy jednak pozostawić pewne rzeczy w tajemnicy, by za parę lat znów podjąć historię i postacie na nowo. Na szczęście na decyzję jest dużo czasu.

A, no i właśnie, trzeba raporty dopisać… będę, powoli będę.

My Hero Academia

Druga w kolejce, to rozpoczęta kampania żywcem osadzona w serii Boku no Hero Academia, z użyciem mechaniki Open Versatile Anime (OVA). Znów, nie liczyłam, ale sesji było mniej niż 10.

Czemu jest wyjątkowa?
Ten projekt jest szczególnie wymagający z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze, to są pierwsze sesje w życiu dwóch dorosłych osób. Zależy mi więc, by były jak najlepsze. Nie lubię takiej presji, ale wiecie czego nie lubię bardziej? Świadomości, że są chętni spróbować tego wyjątkowego hobby, i że ja mogłabym im dać tę możliwość, a tego nie robię.
W planach było, że przyjadą na wrocławskie Dni Fantastyki, będzie ciepło, przyjemnie, będzie salka. Ewentualnie, przyjadą w okolicy świąt Bożego Narodzenia, będzie kameralnie, herbatka i takie tam. Miałam zamiar poprowadzić kilkugodzinny jednostrzał, może podzielony na dwie sesje. Jeśli się spodoba, pomyślimy czy, i co dalej. W puli wspólnych zainteresowań znalazłam seriale superbohaterskie (na space operę się raczej jednak nie piszę), więc wstępnie taką konwencję zapowiedziałam. Chciałam, by sesja była na żywo, bo jednak online wiele rzeczy się gubi, no po prostu to nie jest “prawdziwe granie”, a przecież pierwsze doświadczenie jest bardzo ważne.

Niestety, pandemia.
Z czasem jasne się stało, że nie przyjadą na DF. Coraz mniej prawdopodobne się stawało, że oboje razem przyjadą na święta. Jednocześnie, coraz bardziej przekonywałam się do formy prowadzenia online. Jednocześnie, żal mi było Toothie, która z powodu covida utknęła za granicą i chciałam jakoś, nie wiem, poprawić jej humor, wesprzeć?
No i zaczęłam przygotowania. Na początek postanowiłam poprowadzić tylko tej dwójce, aby maksymalnie zwiększyć komfort nowych graczy. Jeśli wyrażą zgodę, to dołączymy jeszcze kogoś, kogoś sprawdzonego, żeby nie było przypału. Dla ułatwienia wybrałam sobie praktycznie gotowy setting – wszystkich NPCów z oryginalnej serii, a i z fabuły mogłam korzystać do woli, wiedziałam bowiem że nie znają oni serii oryginalnej – żadne z nich nie ogląda anime. Dla kolejnego ułatwienia, przeniosłam całość do Europy, by nie musieć tłumaczyć niuansów kulturowych, które zresztą raczej by ich nie interesowały i na dłuższą metę byłoby to raczej uciążliwe – ponieważ, znów, nie oglądają anime.

Dlaczego tak dmuchałam na zimne? Trudność numer dwa polegała bowiem na tym, że Windsinger – drugi gracz – ma autyzm. Obawiałam się, że po prostu RPG okaże się być poza jego strefą komfortu. A ja prowadzę dla przyjemności, nie dla jakichś wyższych celi jak, nie wiem, challengowanie swoich lęków czy burzenie światopoglądów. Naprawdę zależało mi, żeby wyszło fajnie.
Jednak moje obawy się w ogóle nie spełniły. Setting, troszkę inny niż pierwotnie planowane, przyjął z zaciekawieniem. Jako doświadczony gracz (komputerowy) dobrze odnalazł się w kreacji postaci (fajnie intuicyjnej w tym systemie, nawiasem mówiąc). Sesje również przypadły mu do gustu, dobrze się bawił. Ba, Toothie mówi, że jakby mu się nie podobało, to już bym wiedziała, bo by mi po prostu powiedział. Dołączenie trzeciej osoby również poszło gładko jak po maśle. Może poza tym, że od tego momentu nie było sesji bez przerywnika, bo trzecim graczem została (-werble-) Chiri, na głodzie sesyjnym. Przerywnikiem zostały dzieci – moje, i jej. Cóż, życie.
(*wszyscy jednak są wyrozumiali, zarówno wobec naszych wymagających atencji dzieciaczków, jak i wobec moich spadków weny i ochoty na prowadzenie – uwielbiam, kocham dojrzałych graczy!)

Przejdźmy więc do ostatniej trudności, jaką jest… bariera językowa. Po raz pierwszy prowadzę po angielsku, bowiem Windsinger jest Holendrem. Na szczęście, mój english jest zaskakująco dobry jak na małą ilość praktyki którą w nim miałam i w dziewięciu na dziesięć przypadków jesteśmy w stanie wyjaśnić wszystkie wątpliwości i niejasności. A w dziesiątym przypadku wyręczam się Toothie i mówię jej po polsku. Jakoś to idzie. Na ostatniej przed przerwą świąteczną sesji zasięgnęłam opinii prawie bezstronnego eksperta (w osobie Yuki). Ekspert stwierdził, że nie widzi rażącego spadku jakości prowadzenia. To mi wystarczy.

Podsumowując, myślałam że będzie dużo trudniej. Trzy przeszkody złożone razem wydawały się wysoką górą, ale wystarczyło spróbować by przekonać się, że co najwyżej kopa siana. Nadal docieramy parę rzeczy, głównie problemy są z mechaniką (dla mnie również jest to nowy system, mylą mi się rzeczy – co odbija się na graczach, dla których jednak lepiej gdy MG jest alfą i omegą, a nie wątpiącą mątwą), ale poza tym debiut uznaję za naprawdę udany.

Co dalej? Ano, mam parę pomysłów.
Fabuła będzie inna niż w oryginalnej serii, chociaż pewnie nieraz sięgnę do niej po motywy czy postacie. Gracze angażują się i chętnie wkomponowują swoje pomysły do całości – staram się jak najmniej mówić “nie”, bo widzę ile frajdy im sprawia wspólne budowanie tego zakręconego świata. Także nie wiem, dokąd to zawędruje – mam parę pomysłów na start, a potem zobaczymy z której wiatr wieje.

Naruto 616

Na sam koniec chyba najbardziej oryginalny mój projekt. Dlaczego na koniec? Dlatego, że prowadziłam na przełomie 2019/2020 i dopiero musiałam pogłówkować, że poprzednia zima była wale nie tak dawno temu, jak się wydaje.

Dlaczego najbardziej oryginalny?
Ojjjj. Tyle tłumaczenia. Właściwie, to miałam kiedyś napisać notkę o Naruto-616, o tym co to było i dlaczego wyszło takie fajne (a przynajmniej tak mówią gracze). To może obiecam, że kiedyś ją napiszę i tu podlinkuję, i na dziś będę miała z głowy, okej? Okej! Nie okej? No dobra, coś powiem, ale krótko… (taktyczne kropki na linka w odległej przyszłości)

Zacznijmy od tego, że był to spinoff głównej kampanii. To kolejna seria mangi/anime którą sobie “pożyczyłam” do grania – dla nie wiedzących, “Naruto” jest to fajna młodzieżowa seria o ninja, ale nie takich cicho skradających się w mroku, tylko takich napierdzielających kulami ognia i błyskawicami. Nie pytajcie, jeśli nie chcecie wsiąknąć.

Wracając do okoliczności, ten spinoff miał być kilkoma sesjami granymi wspólnie z kolegą mieszkającym za granicą, online. Wprowadziłam jednak kilka zmian, aby ta mini-kampania była wyraźnie odcięta od głównej, wprowadzając ot, drobnostka, światy równoległe. Zrobiłam swoisty kolaż łącząc świat Naruto z X-Menami. Pomimo dużych (wręcz ogromnych) różnic między tymi światami, wyszło niezwykle zgrabne połączenie, można było na nowo odkryć postacie zarówno swoje jak i NPCów. Niestety, kolega stwierdził, że jednak to nie dla niego (nie mogę go winić, anime to jednak specyficzny klimat), ale pozostali gracze wciągnęli się i nalegali by nie przerywać.

Sesje były bardzo przyjemne, prowadziło mi się je z niezwykłą lekkością. Nie było żadnego uber-plotu, jedynym celem jaki postawiłam to wygranie turnieju siatkówki (a nawet mniej – zdobycie pucharu). Cała reszta to były różne kłopoty i problemiki nastolatków: walka o oceny, spiny z rodzicami, pierwsze miłości, takie rzeczy. Był to celowy zabieg – to miała to być odskocznia, relaks – i udało się. Spinoff urósł do równej, niezależnej od bazowej serii rangi, w niektórych względach nawet przewyższając ją.

Co jeszcze składało się na oryginalność tej serii, oprócz settingu? Mogę wymienić parę rzeczy. Na początek – chociaż teraz nikogo to nie szokuje, ale dla nas to były pierwsze kroki – sesje były prowadzone tylko i wyłącznie online. Dalej, już o tym wspominałam, ale przypomnę dla porządku – tam nie było mechaniki. Tylko to, co w głowie Mistrza Gry. Nie było testów, rzutów kością, ba! Nie było nawet statystyk, ani karty postaci… I tak płynnie dochodzimy do punktu z którego jestem zadowolona, a nawet i dumna: Dzienniczki.

Postacie graczy weszły w buty swoich alter-ego w świecie równoległym. Gracze znali swoje postacie dobrze, ale nie znali świata w którym się znaleźli. Aby pomóc im w “zakotwiczeniu się”, napisałam dla każdego dzienniczek pisany ręką alter-postaci. Ale tylko od stycznia do czerwca bieżącego roku, by nie było zbyt łatwo (niektóre sekrety są wszak starsze niż pół roku), i żeby nie przesadzać z ilością tekstu do czytania (a dla mnie, do pisania). Korzystając z cyfrowego medium, dzienniczki stworzyłam w formie prezentacji Google Slides. W sumie około miesiąca poświęciłam na przygotowania: dobieranie motywu każdego dzienniczka, wybór czcionek “pisma ręcznego”, ozdabianie grafikami, wyszukiwanie obrazków i zdjęć, pisanie tekstów (i potem dopisywanie, poprawianie, by historie się zazębiały i uzupełniały).

I zdecydowanie warto było poświęcić ten czas. Zadowolona byłam z efektu: miny graczy gdy poznawali nową wersję swojej postaci, dużo radości, szybkie wyczucie świata. Ale dumna, tak, naprawdę dumna poczułam się, gdy gracze zaczęli dopisywać ciąg dalszy swoich dzienniczków. Wiedziałam bowiem z całą pewnością że im się podoba, bardzo! Często już następnego dnia po sesji mogłam wejść na docsa i przeczytać gotowy wpis. I to po każdej sesji! Dzięki dzienniczkom mogłam poczuć emocje postaci, jej przemyślenia i cele – co ułatwiało mi wymyślanie motywów i wydarzeń na następne sesje. Moi gracze nie tylko pisali – wrzucali też ozdobniki, fotki, co wpadło do głowy i pasowało do sytuacji. Ekstra sprawa.

To tyle ciekawostek na temat Naruto-616. Dorzucę jeszcze takie tam technikalia: kampania była prowadzona między wrześniem 2020, a marcem 2021. Składało się na nią jakieś 25-30 krótkich sesji, po 2-3 godziny. Sesje odbywały się średnio raz na dwa tygodnie.

Dalsze plany?
Trudno powiedzieć. Wprawdzie miałam plany na 9 światów (łącznie, z tymi które już znają), i nawet zdążyłam wprowadzić następny – właśnie tak jak pierwotnie miało być, kilka sesji, zamknięcie wątków i koniec, następny. Jednak nie zostawił po sobie takiego wrażenia co 616 – mógł zawinić dość ciężki klimat, większa intensywność akcji, ale przede wszystkim – mniej czasu by “pobawić się postacią”, a to jest przecież to, co tygryski lubią najbardziej. Chociaż nie mówię, że było źle, było dobrze – a kilka rzeczy udało się (chyba) nawet świetnie.
Mam jednak obawy, że przy 9 światach, wchodzenie po raz kolejny i kolejny w “alter” powoli wyczerpie formę i losy nowych postaci będą coraz bardziej obojętnieć. O ile nie skreślam całego projektu, to nie czuję też wielkiej potrzeby dokańczania go, a już na pewno wszystkich światów. Może wrócę na przykład tylko do 616, bo jak wspominałam, jest to zaskakująco udane połączenie. Trzeba się jednak pogodzić z tym, że póki co Legenda podsiadła Naruto na ulubionym miejscu na kanapie.
Na szczęście, zawsze można powspominać, przeglądając 48 slajdów dzienniczka Rin, 81 slajdów pamiętnika Natsumi, 26 stron Shiro, oraz gościnne 30 stron Yumiko i 24 Mimochiego. Oraz inne materiały – listy, ogłoszenia MEN, artykuł w lokalnej gazecie, i galerię z NPCami na Pintereście.

Pisanie dzienniczków, nawiasem mówiąc, przydało mi się jeszcze jako graczowi… chętnie o tym opowiem, ale ten wpis i tak jest już bardzo długi, nie chcę męczyć moich czytelników, więc podsumowanie roku 2020 jako gracz zrobię już w osobnym wpisie. To było do przewidzenia, że się rozpiszę… ale przynajmniej mogę obiecać, że ten drugi post będzie krótszy. Do zobaczyska!

(Podsumowanie – Gracz: https://swiatyzofii.wordpress.com/2021/01/14/podsumowanie-2020-gracz/)

One thought on “Podsumowanie roku 2020 – MG

  1. Do Naruto-616 wrócimy 🙂 Nie wymigasz się. Zbyt dobrze Ci to wyszło by sobie odpuścić, a do tego zostawiłaś otwarte zakończenie! A teraz idę przeczytać dzienniczek by przypomnieć sobie to i owo z tej sesji 🙂

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s