Dwóch najważniejszych MG w moim życiu, cz. 2

(część 1: https://swiatyzofii.com/2018/04/26/dwoch-najwazniejszych-mg-w-moim-zyciu/)

Kryzys artystyczny i ogólnie bycie leniwą bułą utrudnia mi trochę pisanie. Raporty z sesji stały się dość trudne (bo nudne) do pisania, gdy nie mam zbytnio nic do dodania, żadnych wniosków i komentarzy. Żadnej nauki dla innych. Kiedyś jednak je napiszę, choćby po to by opowieść była kompletna. Teraz jednak by zwiększyć własną motywację, chyba czas popisać o czymś innym. Przez dobry tydzień medytowałam w poszukiwaniu tematu i w końcu o, objawił mi się. 

Postanowiłam dokończyć dawny wpis – wprawdzie pierwszą część napisałam już 2,5 roku temu, ale to nic nie zmieniło w temacie. Nadal drugim najważniejszym MG w moim życiu – a dokładniej, najważniejszą mistrzynią, pozostaje Volve, zwana też MrsVolv. Zwłaszcza że niedawno były jej urodziny, a ja nie złożyłam życzeń. Może taka laurka ją ucieszy.

No to jedziemy z tematem. 

U Volve zagrałam jakieś 6 lat po moim debiucie jako MG. Już miałam na swoim koncie naprawdę sporo poprowadzonych i zagranych sesji, w różnych systemach. Nawet jedną ukończoną kampanię! W ogóle te 6 lat to był okres w którym miałam najwięcej czasu na granie (studia, tęsknię za wami!). A potem koniec – przeprowadzka, szukanie pracy, próby bycia poważnym zarabiającym na siebie obywatelem. Więc kiedy dostałam propozycję dołączenia do sesji “Pokemon” za Milę, która zrezygnowała, zgodziłam się właściwie bez zastanowienia (tak, jestem millenialsem który oglądał odcinki “Pokemonów” w codziennej telewizyjnej ramówce. Tak, uwielbiałam je).

Zaczęłyśmy ustalenia co do postaci – dostałam kwestionariusz do wypełnienia i trochę info o postaci Mili, ponieważ miałam przejąć niektóre jej stworki. Przy okazji podpytałam jednak, żeby wiedzieć na czym stoję, o doświadczenie Volve w erpegach. Okazało się, że trochę grała, chociaż niezbyt dużo, a jeśli chodzi o prowadzenie, to te kilka sesji pokemonów które się dotychczas odbyły, to było całe jej portfolio. 

W związku z tym, przyznaję – i biję się tu winna w pierś – że miałam pewne obawy, że sesja będzie kiepska. Nie mogę powiedzieć żebym była nadmiernie pewna siebie – u mnie taki stan nie występuje – ale miałam wątpliwości. Nie wiedziałam, jakiej mechaniki będziemy używać, nie znałam wszystkich graczy, wiedziałam, że MGini nie ma dużego doświadczenia (zresztą gracze też nie bardzo). Obawiałam się chaosu na sesji, przeszkadzania sobie, sprawdzania co chwilę podręcznika, słabej fabuły, prowadzenia po sznurku. 

Co dostałam? Jedną z najradośniejszych sesji mojego życia. 

Co tam się działo? Nie pamiętam za dobrze, pojedyncze rzeczy, ale każda z nich przywołuje uśmiech. Otóż MG pozwalała nam w zasadzie na wszystko. Wszystko było możliwe. Mogliśmy faszerować swojego stworka poke-sterydami (kradzionymi zresztą) i wychodziło mu to na zdrowie. Mogliśmy dołączyć uratowane przez Zespołem R stworki do swojej kolekcji zamiast oddawać prawowitym właścicielom. Mogliśmy trenować swojego Magikarpia w pozłacanym pokeballu licząc na to że kiedyś będzie czempionem. Obce staruszki zapraszały nas do domów i częstowały pierogami. 

Mogliśmy spotkać Liderów Gymów, zaprzyjaźnić się z nimi, poznać ich słabości. I oczywiście walczyć z nimi, w nadziei zostania kiedyś mistrzem, no i pokonać Zespół R i uratować świat, tak przy okazji. 

Świat pokemonów gdzie dzieciaki są głównymi bohaterami ożył na naszych oczach i wciągnął bez reszty. Mogliśmy próbować łapać wszystko co nam się nawinęło pod pokeballa i muszę przyznać, że nic tak nie hipnotyzowało jak dłonie Volve obracające się i drgające, jakby trzymała w nich czerwono-białą kulkę z której coś próbuje się wyrwać. 

Dlaczego ta sesja była taka dobra? 

Widać było przygotowanie Mistrzyni – liczne kartki z notatkami, utwory muzyczne przypisane do danych scen, wielowątkowość, ale też słuchanie i rozwijanie sugestii graczy, np. co do motywu przewodniego na następną sesję.
Widać było lekkie braki w warsztacie, typowe dla mniej doświadczonych MG, ale nic co by raziło czy uprzykrzało rozgrywkę. 
Gracze byli raczej grzeczni, nie przepychali się, chociaż niektóre postacie były apatyczne, a inne hiperaktywne, co potrafiło spowodować duże nierówności w czasie “ekranowym”. 

Ale nie te kwestie były decydujące. To, co mnie naprawdę urzekło i zachwyciło w tej sesji, to:

  1. luźna sesja – dla śmiechu, nie dla klimatu
  2. Niesamowite wyczucie prowadzonego świata przez MG

I to wszystko. Jeszcze na wszelki wypadek dodam, że nie było żadnego podręcznika, żadnej mechaniki. No dobrze, mieliśmy karty postaci, składały się z miejsca na zdobyte badge (naklejki!), miejsca na imiona, levele i ataki naszych potworków, no i  cechę naszej postaci (preferowany typ pokemona).

Ale tak naprawdę “mechaniką” była Volve, jej wyczucie świata i wiedza. Volve znała wszystkie wydane generacje, przeszła wszystkie gry, znała Liderów wszystkich Gymów, i inne ważne postacie. Wszystko działo się w jej głowie, ona oceniała – czasem zaglądając do Bulbapedii – jakie są szanse na sukces, co powinno się wydarzyć. Ogarniała wszystkie nasze stworki – ich charaktery, upodobania, siłę. Uwielbiała Pokemony i dało się to odczuć. Bez wahania poddawaliśmy się jej werdyktom. Ona zaś nie była zbyt surowa i życie nie kopało nas po tyłku za każdą “złą” decyzję. 

Po prostu bawiliśmy się.

Nauczyłam się wtedy, że sesja może być po prostu śmiechowa. Że dobry warsztat to tylko dodatek, oprawa, że bycie dobrym MG nie ogranicza się do spraw technicznych, są ważniejsze rzeczy. Liczy się zaangażowanie MG i graczy w budowaną historię. Że można poprowadzić wszystko, jeśli czujesz swoją sesję. 

No i że prowadzenie bez mechaniki nie jest takie karkołomne jak mogłoby się wydawać. 

Niestety, zagraliśmy ze 4 sesje i to był koniec. Dorosłe życie – ciężkie życie, zwłaszcza kiedy MG mieszka w innym mieście i inne takie sprawy. Szkoda, naprawdę żal. Ale ta radość którą mi przyniosły pozostanie ze mną na zawsze i mogę z całą stanowczością powiedzieć, że zmieniły mój styl prowadzenia na lepsze. Sprawiły, że spojrzałam inaczej na całą sprawę, a wydawało mi się, że tyle mam już doświadczenia w tej dziedzinie! Myślę że bez “Pokemonów” najnormalniej w świecie nie byłoby “Naruto”. Może w ogóle nie wróciłabym do prowadzenia, kto wie?

Pozdrawiam cię Miśku, dzięki że poszerzyłaś moje horyzonty. Dużo szczęścia i sto lat!  

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s