O kreatywności

Nie jestem zwierzęciem socjalnym, ale trochę ludzi jednak znam. Zdecydowania większość z nich jest ze środowiska RPG-owego, ewentualnie larpowego (dzięki temu na przykład wiem, jak że pisze się larp, a nie LARP. Nie wiem niestety jak rzecz ma się z erpegami), fantastycznego.

I tak sobie zauważyłam, że są takie osoby, takie jednostki, które są kreatywne.

Hej, nie zrozumcie mnie źle. Ja brałam udział w tych różnych głupich zabawach grupowych typu “które trzy przedmioty weźmiesz na Marsa i dlaczego”. Zawsze wychodziłam jako pomysłodawca, jako osoba kreatywna. Zauważyliście to słowo “głupie” powyżej? No bzdury to są. To było połączenie zdrowego rozsądku z “i tak nie ma tu dobrych i złych odpowiedzi, chodzi o “pracę w zespole”, a prowadzący nie popatrzy na mnie krzywo tylko dlatego że odezwę się pierwsza” (czyli spokoju wynikającego ze zdrowego rozsądku).

Mi chodzi o prawdziwą kreatywność.
A czy ty znasz taką osobę? My z Yuki mówiłyśmy kiedyś na kolegę, że rzyga pomysłami. Po prostu – siada sobie z papieroskiem, zaczyna mówić, i pomysły lecą strumieniem. My tylko słuchamy z rozdziawionymi paszczami i staramy się zrobić notatki, takie by nic nie umknęło. A potem, wieczorem, przez godzinę ogarniamy umysłem i systematyzujemy to co on wypluł z siebie przez kwadrans.

My z Yuki i Chiri robiłyśmy kiedyś larpa. Spotykałyśmy się we trzy, robiłyśmy burze mózgów.
– “Ten ma mieć to, ale to jakoś mało”
– “Masz pomysł na niego?”
– “Co by tu jej jeszcze dopisać”
– “Dodajemy coś, czy może zostać? Jakoś nudno wygląda”
Trochę poszarzam (w kontraście do koloryzowania), no ale tak to wyglądało. Uzupełniałyśmy się, dodawałyśmy sobie nawzajem pomysłów. Brzmi znajomo, czy nie?

A kilka lat wcześniej znałam taką jedną Plusz. Kto zna, z pewnością od razu podchwyci ksywę, równie unikalną jak jej właścicielka. Plusz miała niesamowite pomysły, ale jak kula śniegowa, nie potrafiła się zatrzymać, wymyślała dalej i dalej i dalej… Czasem ten pomysł zmieniał się nie do poznania gdy dodawała kolejne i kolejne i kolejne elementy…

Ostatnio gadałam sobie z kolegą, akurat odwiedził Wrocław i znaleźli chwilę by zajrzeć w nasze skromne progi wraz z żoną. I rzecze on do mnie, że kampania którą prowadzi, to jest pierwsza, którą stworzył. Żona protestuje: Jak to, przecież prowadzisz od lat! On na to: tak, ale tą pierwszą wymyśliłem samodzielnie.
I ja od razu zrozumiałam, o co mu chodzi, chociaż – oczywiście – wyjaśnił, że wcześniej zawsze bazował na jakiejś książce, serialu, zapożyczał z nich motywy, postacie.

Czy wiecie już do czego dążę?
Do tego, że są dwa typy. Albo jesteś kreatywny i wypluwasz z siebie pomysły (czasem nawet jeśli nie chcesz), albo… no, jesteś drugim typem.  Jak ja.
Czasem żartuję, że jestem wiecznie wypruta z pomysłów. Niestety, tak właśnie się czuję. Bardzo ciężko mi idzie “wymyślanie”. Nie lubię tego. Dlaczego u jednych mózg jest taki lotny, a u innych ociężały? Od czasu do czasu, mam wenę. Prawdziwe natchnienie, wszystko się składa, pomysł na sesję gotowy w pięć minut. Szkoda tylko że taki stan następuje jakoś raz na dwa miesiące.

Posłużmy się przykładem. Powiedzmy, że mam prowadzić sesję w piątek. Już od wtorku wieczorami siedzę i myślę. I nic. Nic się nie pojawia. Nie ma światełka w tym tunelu. Potem środa, czwartek, to samo. Zapisuję jakieś jedno zdanie typu “Kakashi – rozmowa z Rin o Trzecim”. Czyli jeden motyw, jedna krótka rozmowa dla jednego gracza. Następnie myślę o pozostałej trójce i nic, czarna dziura. Nadchodzi piątek, praca, obiad, czuję się jak przed egzaminem, umysł zaczyna się mobilizować. Wymyślam motyw dla drugiego gracza, motyw przewodni (misję) sesji. Do 17 domyślam jeszcze jeden czy dwa szczegóły, ale ogólnie na sesję przychodzę nieprzygotowana.
Zaczyna się sesja, domyślam na bieżąco. Motyw, który wymyśliłam jako pierwszy trochę naginam, bo inaczej by do niego nie doszło. Drugi wchodzi całkiem gładko. Zapominam o jednym ze szczegółów w ferworze prowadzenia. Doszli do połowy misji którą wymyśliłam, bo postanowili zrobić porządne śledztwo zamiast wpaść i pozamiatać. Koniec czasu, koniec sesji, gracze zadowoleni, nie mogą się doczekać ciągu dalszego.

Wait, what? Co, co poszło nie tak (albo raczej, tak)? Jak do tego doszło?

No naprawdę się staram. Ale co ja poradzę, że moja kreatywność jest reaktywna, zamiast aktywna? Że potrzebuje wspomagania?
O, choćby teraz.
Mam czas. Ponad trzy godziny, cztery nawet, a jak się postanowię nie wyspać to nawet więcej. I co z tego? Pustka, nic, null. Jakieś pojedyncze rzeczy wpadają mi do głowy. Takie 5% sesji. Może z tego się zrobi 10%, jak rozbuduję.
Mogę sobie siedzieć przed komputerem, albo przed zeszytem. Mogę i leżeć. Mogę spędzić ten czas w ciszy, albo słuchać j-popu, albo dźwięków mis tybetańskich. Podpowiem wam, że to żadna różnica.

Pewnie są osoby, które zbudowały w sobie umiejętność kreatywnego myślenia. Być może zawodowi artyści, na przykład pisarze. Ja do tego klubu nie należę, choć próbowałam, próbuję nadal, ale lipa jest, powiadam, lipa.
Nie mogę powiedzieć, że w moim przypadku to i Salomon z pustego nie naleje, bo nie jest to do końca prawda. Ale jakoś tak mi mizernie z pomysłami, pojawiają się czasem dobre, ale – właśnie – czasem.

Już niejedną godzinę, niejeden wieczór spędziłam wisząc nad pustą kartką. I powiem wam – nie warto się tak spinać. Czasem po prostu improwizujesz i już. Znasz sytuację wejściową, wiesz do jakiego zakończenia dążysz, jakoś to będzie. Samo wleci coś do głowy na pół godziny przed.

Jest też druga opcja. Odwołujesz sesję. Mówisz ludkom – wybaczcie, nie mam pomysłu, siedziałam nad tym trzy dni i naprawdę nic nie mam. Spotkajmy się za tydzień. I ludki ci wybaczą i przełożycie sesję i spoko. Zastanów się tylko – czy w ciągu tygodnia, do tej studni wleci kamień?

Mój mąż odwraca się i rzecze: O, Zośka pisze. Ale założę się że nic do jutrzejszej sesji, bo za szybko klepie w klawisze. No i ma rację, cholewcia, ma rację jak nic! Kolejne kilka godzin zawieszone w próżni, niby coś myślę, niby coś robię, nic z tego nie ma. To się już trochę zdenerwowałam i wylewam swoje żale tutaj. Ponarzekać to zawsze się umie, nie?

Mówiłam mu, że pomysłów nie mam. Ale syty głodnego nie zrozumie. Ach, ten mój mąż, przeklęty typ kreatywny pierwszy! Idę spać, ding dong, skończył się mój czas na myślenie…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s