Dwóch najważniejszych MG w moim życiu, cz. 1

Zebrało mi się na nostalgiczne wspomnienia.

Zaczęcie grania w RPG: pierwsza postać, pierwsze kilka sesji, wydaje mi się być dużym przeżyciem. Na pewno było nim dla mnie, gdy przez kilka lat (z 5?) szukałam innych fanów i nieraz zwątpiłam, czy to mityczne hobby rzeczywiście występuje w Polsce. Dzisiaj jest łatwiej, chyba? To znaczy, łatwiej znaleźć informacje, bo przełamać się by wejść do grupy z pewnością jest tak samo trudno, a może nawet bardziej, w dobie gdy w zwykłym kontakcie międzyludzkim niemal zawsze pośredniczy Internet. Ale ja nie o tym.

A tak, mówiłam o tym, że rozpoczęcie przygody z RPG to spore przeżycie. Zazwyczaj ta pierwsza sesja (czasem kilka) decyduje o tym, czy ktoś polubi RPGi, czy nigdy więcej do nich nie wróci. To bardzo duża odpowiedzialność na barkach Mistrza Gry, prawda? Wręcz ogromna! Zakładam, że lubiąc swoje hobby, chciałby “zarazić bakcylem”, a z kolei ostatnie, czego by chciał to zniechęcić świeży narybek do gier fabularnych. W dodatku nowi gracze są często trudniejsi do prowadzenia, są dość bierni, zagubieni (trudno się dziwić). Jak żyć? Ano, mam dwie porady… pierwsza, przygotuj się dobrze, poświęć więcej czasu niż normalnie. Druga… wyluzuj! Jeśli to nie jest rozgrywka w stylu danej osoby, to nawet świetny MG nie przekona do “głupiej zabawy w udawanie”. Z kolei, jeśli ktoś lubi tego typu zabawę, to powinna wystarczyć sesja na poziomie przyzwoitym.

Może to kogoś zdziwi, ale do dwójki moich faworytów nie należy pierwsza osoba, która mi prowadziła. A może, po przeczytaniu powyższego, mało kogo to zdziwi? Właściwie, to ma sens. Pierwsze sesje są wypełnione różnymi emocjami, ale nie postaci, tylko własnymi i jeszcze naprawdę nie umiesz rozróżnić dobrej sesji od złej, i na pewno zapamiętasz te sesje i MG na długo. Ale czy będą one dla ciebie inspiracją później, kiedy sam(a) będziesz już dziadkiem (MG)? Niekoniecznie…

A teraz, po przesadnie długim wstępie, wracamy do tematu. O dwóch najważniejszych MG w moim RPGowym życiu!

(Bo najważniejszym MG w życiu w ogóle, jest oczywiście mój mąż!)

(werble)

Ganelon i Vovle!

Tak, wiem, że to nie każdemu coś mówi. W końcu w fandomie są dziesiątki tysięcy ludzi!

Ganelon to człowiek, który prowadzi dłużej, niż ja żyję. Kiedy się poznaliśmy, miałam trochę ponad 20 lat i to robiło wrażenie. Teraz, przy 30, ta liczba zaczyna wyglądać już kosmicznie! Żeby jednak dodać łyżki dziegciu, trzeba uczciwie przyznać, że ostatnie kilka lat to spadek erpegowej formy – poświęcił się w większej mierze zwiedzaniu świata. Jako obieżyświat również ma imponujące osiągi i nieraz spowodował u mnie opad szczęki. Ten człowiek jest po prostu niesamowity! Jego ulubionym systemem jest (a przynajmniej wtedy był) Amber dRPG – gdzie d oznacza diceless, bez kości. Jest tam jakaś mechanika, ale bez konkretnych liczb i tabelek. Nie, nigdy nie miałam okazji zagrać.

Jak prowadzi Ganelon? Narracyjnie. Czaruje głosem, dosłownie. Na jego sesjach nie przypominam sobie muzyki. Maksymalnie wykorzystywał swój głos. Wspaniała intonacja, różnorodne tempo, a przy tym nieraz poetycki język opisów (metafory) budowały żywy obraz, jak najlepsza książka. Słowo daję, nigdy nie zapomnę sesji urodzinowej, o którą go poprosiłam. Stworzyliśmy na szybcika postacie – uczniów liceum. Wystarczyło wybrać imię, nazwisko, oraz ulubiony i znienawidzony przedmiot, co oczywiście i tak zajęło mnóstwo czasu (z kwadrans?). Potem zaczął się wstęp do sesji. Opis miasta zalanego deszczem. Nasza droga do szkoły. I zanim się spostrzegłam, minęły dwie godziny. Ot tak, czystej narracji. Gracze w tym czasie praktycznie nie mieli okazji się odezwać.

Taaak. Jeśli miałabym znaleźć wadę sesji Ganelona, to to, że czasem gracz ma niedużo do powiedzenia. Trochę jak tryb fabularny w nowych edycjach Mortal Kombat – jest filmik z akcją, fabułą, potem musisz ponaciskać kilka guzików (wygrać walkę), by obejrzeć ciąg dalszy filmu, i potem znów możesz użyć pada, i tak dalej. Albo jak w scenkach z Life is Strange – scenka żyje własnym życiem, możesz wybrać opcje dialogowe które wpłyną na wydarzenia, ale nie wiesz dokładnie jak. Tylko, że u Ganelona to były “scenki” i “filmiki” najwyższej klasy! Czasem się można zniecierpliwić, ale ogólnie to siedzieliśmy oczarowani jak dzieci, kiedy mama czyta na głos ulubioną książkę.

Oczywiście, ta wada nie psuła nam dobrej rozrywki. W dodatku Ganelon reagował na wszystkie pomysły i skojarzenia graczy, starał się układać historię dla nas ciekawą i satysfakcjonującą. Do dziś żałuję, że nie dokończyliśmy tej kampanii, która zaczęła się od “zwykłych” członków różnych służb specjalnych, a przeszła płynnie w podróże między światami, choć mogły to być równie dobrze abstrakcyjne wizje lub halucynacje przykutych do łóżek ofiar eksperymentów. Było jeszcze tak wiele tajemnic do odkrycia…

Ale Ganelon zdążył zmienić mój sposób postrzegania RPGów, zanim jeszcze poprowadził. Otóż, dałam się namówić do prowadzenia Legendy Pięciu Kręgów trzem dziewczynom. Poprowadziłam kilka sesji wstępu, wymienił się nieco skład, i średnio miałam pomysł co dalej. Jakoś tak wyszło przy rozmowie, że Legenda to jeden z ulubionych systemów Ganelona i jakoś tak wyszło, że zaprosiłam go na sesję. Ja, początkujący (nawet: raczkujący) Mistrz Gry, zaprosiłam gościa, który prowadzi dłużej niż ja żyję! Nie przemyślałam tego najlepiej, co? No…

Tak naprawdę był moją tajną bronią. Moim pół-NPCem, który pomoże mi pociągnąć kawałek fabuły, udając gracza. Nie pamiętam, czyj był to pomysł, mój czy jego. W każdym razie plan był nawet niezły. Ganelon wykazał pełne wsparcie, stworzył świetną intrygę między dwoma Daimio Lwa, w której środek wpadł jego “niewinny” Skorpion, a swoją złożoną postać dla mojej wygody wbił w ramy pierwszorangowego bushi Bayushi. Pierwsza sesja z jego udziałem kończyła się zamachem na jego życie, i słowami w rodzaju “Ej, Zośka, myślałem, że jeszcze sobie pogram”. Oczywiście, jeszcze parę sesji pograł, bo to była taka zmyłka.

Te sesje były dla mnie bardzo stresujące. Bardzo. Świadomość, że po drugiej stronie stołu siedzi stary wyga, co zęby pozjadał na tym co ty dopiero usiłujesz robić, była ciężka i niemal namacalna. Ale ile się wtedy nauczyłam! Wcześniej, kilka akapitów poświęciłam na wyjaśnienie, jak Ganelon prowadzi. Myślę, że możecie sobie wyobrazić, jak grał! Podkreślę, że w żaden sposób nie pouczał innych, nie narzucał swojego stylu, nie podważał mojego chwiejnego autorytetu MG (ekstremalnie niska pewność siebie u MG to chyba nie jest pożądana cecha?). Te sesje może miały trochę wolne tempo, ale ociekały klimatem. I tak jakoś w tej grupie stwierdziliśmy: kurczę, to było ekstra!

I sesje legendy nigdy już nie były takie same.

Ani żadne inne.

Do tego momentu wpisu doszłam ok. 2 miesiące temu i nie zapowiada się, bym szybko miała nadmiar czasu który przeznaczę na pisanie. A post i tak ma przyzwoitą długość. I w dodatku Ganelon miał niedawno urodziny! Więc wybacz, Volve, o Tobie napiszę następnym razem (i tak nie wiesz, że to robię!). Stay tuned.

(część 2: https://swiatyzofii.wordpress.com/2020/09/15/dwoch-najwazniejszych-mg-w-moim-zyciu-cz-2/)

One thought on “Dwóch najważniejszych MG w moim życiu, cz. 1

  1. Pamiętam tą sesję z deszczem, prawie jak dziś 🙂
    I zgadzam się że po gościnnych występach Ganelona na sesji legendy, nic już nie było takie samo. To była moja pierwsza prawdziwa sesja, którą noszę w serduszku po dziś dzień.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s